Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początki. Pokaż wszystkie posty

2/11/2010

Teścik

Ten dzień też musiał kiedyś nadejść, w końcu nie jestem tu na wakacjach, a chociaż Erasmusi mogą liczyć na trochę łagodniejsze traktowanie, to są oceniani na niemal takich samych warunkach, jak reszta narodu. Nie ma zmiłuj.

Wspomniany dzień nadszedł we wtorek.

Po dziewięciu godzinach ćwiczeń (no niestety plan zajęć jest raczej paskudny) stawiłam się pod salą, żeby pokazać, jaka jestem mądra i ile się nauczyłam w trakcie mojego pobytu.

Procedura pisania testu, przypomniała mi maturę. Dostaliśmy bardzo podobne arkusze odpowiedzi, wpisaliśmy nazwisko i numer studenta i mogliśmy zacząć produkcję kreatywnych myśli. Produkcja owa miała formę wypracowania i trwała jakieś czterdzieści minut.

Napisałam, co wiedziałam. I teraz pozostaje mi mieć nadzieję, że szanowna pani doktor posiada mocno rozbudowane poczucie humoru i dużo samozaparcia, żeby zrozumieć, co autor (czyli ja) miał na myśli, pisząc mocno niepoprawny językowo esej. Ale przynajmniej nie oddałam pustej kartki:)

2/04/2010

Salsa!

Wczoraj zgodnie z postanowieniem uprawiania sportu poszłam na zajęcia z salsy prowadzone przez niejakiego Alvaro de Souse. I jestem zachwycona. Alvaro wygląda jak stary rockman w poszarpanych jeansach, wysokich butach, chuście na długich, związanych w kucyk włosach i koszulce z wielce wymownym napisem „Drink in peace”. Poza tym energii i ruchów pozazdrościłby mu każdy. Wulkan to mało powiedziane. I było super i znowu międzynarodowo. I po raz kolejny przekonałam się, że w tańcu nie istnieje coś takiego jak bariera językowa, chociaż oczywiście dostało mi się za próbę prowadzenia partnera. Ot przyzwyczajenie, trudno się go pozbyć. Po półtoragodzinnych zajęciach, mimo zmęczenia miałam więcej energii, niż przez ostatnie dwa tygodnie razem wzięte. Nie mogę się doczekać następnej środy.

A dziś po francuskim modern jazz. Tego jeszcze nie było

1/15/2010

dzień pierwszy

Początki bywają trudne. Zwłaszcza, jak trzeba się wysilać po szesnastu godzinach podróży i starać się zrozumieć ludzi, którzy mówią do człowieka w nie do końca zrozumiałym języku. Przynajmniej, co trzeba docenić, starają się mówić WOLNO I WYRAŹNIE. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby nie dobry duszek w postaci niejakiej Amandy, to chyba nadal stałybyśmy na dworcu. A na chwilę obecną wraz z walizkami (sztuk pięć) znalazłyśmy zakwaterowanie. Żeby nie było zbyt miło i przyjemnie tymczasowe, które musimy (wraz z tymi nieszczęsnymi walizkami) opuścić za jakieś dwa tygodnie, by przenieść się do właściwego lokum, czyli byłych koszar wojskowych przerobionych na akademik. Mam tylko nadzieję, że również wtedy Amanda będzie miała dostęp do terenówki, którą po nas przyjechała.

1/12/2010

Początek.

Na początku był chaos. Dosłownie. Mogą to potwierdzić wszystkie obecne przy pakowaniu osoby. Chociaż zasadniczy początek był w maju, kiedy okazało się, że mogę jechać. Następne "początki" były tylko kolejnymi etapami na drodze do Metz, bo tam zamierzam się znaleźć w czwartek o poranku.

Ostatni etap przypominał jazdę przez Pireneje podczas wyścigu Tour de France. Droga przez mękę zwaną metodologią (Tu pragnę pozdrowić doktora-profesora, który przez ostatni miesiąc skutecznie zniechęcał mnie do wszystkiego z życiem włącznie. Więcej o nim nie wspomnę - nie zasłużył). Ale nawet przez Pireneje da się przejechać, więc wyścig udało mi się zakończyć.

W każdym razie na początku (12.01.2010 godzina 18.00) był chaos. Z chaosu wyłoniły się dwie walizki pełne tego, co z prawdopodobieństwem większym niż przeciętne, przyda się w trakcie półrocznej emigracji. Albo i się nie przyda, jak sugerował chór grecki (zwany inaczej lożą szyderców) w osobach Emili i Doroty. O tym jednak przyjdzie mi myśleć, kiedy wspomniane walizki będę przenosić z miejsca na miejsce.

A teraz mam chaos myślowy. Nie lubię pożegnań.