Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty

6/08/2010

Sesja

Czyli dlaczego Francuzi oddają puste kartki, a Polacy wymyślają odpowiedzi.

Skoro już dostałam rezultaty wszystkich egzaminów i jak się okazało zaliczyłam semestr i właśnie cieszę się wakacjami, mogę napisać słów kilka o tym, jak było.
Otóż 30 minutowe testy, które zdarzało mi się zaliczać do tej pory to zasadniczo nic takiego. W ciągu trzech dni zdawania (w sumie sześć dni zwykłych) miałam 7 egzaminów, wszystkie pisemne, opisowe i refleksyjne. I po francusku.

Czułam się mniej więcej tak jak po maturze, kiedy wyszłam z sali po kilku godzinach pisania i myślałam, że odpadnie mi ręka. Co więcej komentarze profesora z psychologii klinicznej rzucane beznamiętnym głosem i pokerową twarzą („jeśli będziecie mieć poprawkę z mojego przedmiotu to nie nadajecie się na psychologów”), nie nastrajały zbyt pozytywnie.

Najbardziej natomiast dziwiły mnie puste kartki, oddawane przez kolegów Francuzów. Rozumiem łatwo nie było, z moją znajomością języka już całkiem, ale żeby nic nie napisać?
Później na konsultacjach naszych prac okazało się, że to całkiem powszechny zwyczaj i otrzymanie jednego punktu na dwadzieścia możliwych nie jest niczym hańbiącym. Z drugiej strony przysłuchując się ich rozmowom przed i po egzaminach zastanawiałam się czy oni w ogóle przygotowali się do tych egzaminów.
Specjalistką nie jestem i za taką się nie uważam, ale niektóre herezje głoszone przez studentów były powalające.

A w pytaniach refleksyjnych przydaje się polska fantazja. Nawet jak się nie zna precyzyjnej odpowiedzi, można skorzystać z wiedzy ogólnej, dodać kilka mądrze brzmiących zdań, zdać się na logikę i trochę polać wodę.
Francuzi chyba tego nie potrafią.

6/06/2010

Francuzi jedzą Kitkaty

Czyli mają głównie przerwę, a na pewno nie należą do narodów, które lubią się przemęczać...

Ostatnio się zastanawiałam czy pracują, a jeśli tak, to kiedy. Myśl owa pojawiła się, kiedy byłam na basenie. Był poniedziałek, samo południe. Czas, w którym wolne mają zasadniczo tylko studenci, a ja musiałam pływać slalomem, bynajmniej nie pomiędzy innymi studentami. Po dwóch tygodniach regularnego uczęszczania na basen zauważyłam, że jest pełny cały czas, po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego, dowiedziałam się, że inne pływalnie również.

Tereny zielone, jeśli tylko pogoda jest sprzyjająca są pełne. Niemal każdy centymetr kwadratowy trawy jest okupowany przez jedzących, pijących, czytających, słuchających muzyki lub po prostu nic nie robiących ludzi. O każdej porze dnia. Wieczorami siedzą w knajpkach, restauracjach, kawiarniach i innych podobnych miejscach.

Jeśli chodzi o restauracje, to godziny ich otwarcia są delikatnie rzecz ujmując dziwne. Między czternastą, a mniej więcej osiemnastą jest przerwa i zjeść można tylko hamburgera, względnie kebaba. Oczywiście w niedziele, święta i dni wolne od pracy z nieustalonych przyczyn restauracje (w większości) są zamknięte. Podobnie rzecz się ma ze sklepami, marketami i obiektami sportowymi. Czasami otwarte jest kino.

Z przerwy (między 12.30 a 13.30 mniej więcej) zwykle wracają z kwadransem opóźnienia i zupełnie nie rozumieją (w banku na przykład) dlaczego, skoro mam umówione spotkanie na 13.30 jestem punktualnie...
I do tego strajki. W ciągu tych kilku miesięcy przewinęło się ich trochę, a mianowicie strajkowali – pracownicy sektora publicznego, służb porządkowych, komunikacji miejskiej, kolei (przewoźnicy, kontrolerzy biletów i służby porządkowe każdy w innym czasie), poczta, sektor lotniczy (raz bo byli za bardzo obciążeni, potem chcieli szybszego uruchomienia lotów po wybuchu wulkanu i jeszcze kilka razy w różnym odstępie czasowym) i pewnie ktoś jeszcze, ale w natłoku innych strajków nie zauważyłam...

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że dla nich jest to najbardziej oczywista rzecz świata. Strajk – w porządku, dzień wolny od pracy, a ja nie mam co jeść – trudno, przerwa – ok przyjdę później. Absolutnie nie są zdziwieni, ani zdenerwowani. Bo przecież co z tego, że kolejka na poczcie sięga pod drzwi, ja muszę porozmawiać ze swoim synem i dowiedzieć się jak mu poszło dziś w szkole.

Pytanie, które podejście do życia jest lepsze, pozostawiam otwarte.

4/27/2010

Wydarzenia

Najważniejsze wydarzenia na świecie w ciągu ostatnich kilkunastu dni (oczywiście wg Francuzów:

1. Strajk kolejarzy w Alzacji i Lotaryngii. (Co z tego, że są ferie wiosenne. Nie jeździ jakieś 70% pociągów i już.)
2. Czterech graczy kadry narodowej zostało zatrzymanych przez policję pod zarzutami utrzymywania stosunków seksualnych z nieletnią. (na chwilę obecną są przesłuchiwani. Irlandia się cieszy, takie osłabienie drużyny...)
3. Carla Bruni i Nicolas Sarcozy prawdopodobnie się rozwiodą. Ona ma kochanka, czy on ma kochankę. W sumie nikt nic do końca nie wie, ale pół Francji tym żyje.
4. Wybuchł jakiś wulkan, trzeba było zagrozić strajkiem, żeby przyśpieszyć otwarcie przestrzeni powietrznej nad Francją, w efekcie czego kraj ten jako jeden z pierwszych zaczął odblokowywać lotniska.

"Jak to nie słyszeliście o tym? Przecież o niczym innym teraz się nie mówi?!"

3/18/2010

Wiosna

Znowu obudziło mnie słońce, w sumie nic dziwnego, skoro jak zwykle zapomniałam o zaciągnięciu rolet. Niespecjalnie się tym przejęłam, ponieważ wszystkie niedogodności wynagrodziła poranna kawą, którą wypiłam siedząc na parapecie.

Zajęcia i tak krótkie, dziś skończyły się pół godziny wcześniej, więc postanowiłam odebrać pocztę. Tak się zaczytałam, że niemalże znalazłam się pod samochodem, a następnie minęłam swój akademik. W związku z tym postanowiłam przejść się trochę po dzielnicy, w której mieszkam. Dzielnica jest urocza, wzdłuż ulicy ciągną się lekko zaniedbane przedwojenne wille, nierzadko oplecione bluszczem. Klimatycznie.

Spacer zakończyłam na odkryciu małej kawiarenki, gdzie wzięłam rogalika z malinami (croissant framboise) oraz kawę. Poczułam się bardzo francusko, zwłaszcza, że rogalik po prostu zwalał z nóg.

Nie oparłam się też bagietce, którą z coraz większą dumą noszę w torebce.

I jeszcze się pochwalę - żonkile i krokusy kwitną jak szalone, za oknem czternaście na plusie.

Wiosna.

2/13/2010

Joyeux anniversaire

Czas szybko płynie, jestem tu już miesiąc i właśnie tu przyszło mi obchodzić urodziny. Z daleka od wszystkiego tego, co jest mi bliskie, z nowymi znajomymi i w obcym kraju.

Zaczęło się tuż po północy, kiedy przy tradycyjnym winie czwartkowym (piątek każdy z nas ma wolny) usłyszałam sto lat odśpiewane w sześciu językach - polskim, czeskim, francuskim, angielskim, włoskim i arabskim. Przez cały piątek przyjmowałam życzenia Joyeux anniversaire (takie swojskie wszystkiego najlepszego) wraz z kartkami i drobnymi upominkami (również z Polski).

Do końca dnia usłyszałam jeszcze sto lat odśpiewane po niemiecku, hiszpańsku i koreańsku. Jednak, co muszę przyznać najmilsze życzenia przychodziły smsowo i w ojczystym języku. Moi znajomi zapewnili mi też wieczór taneczny w Barze Latino, w którego daliśmy się wygonić dopiero o świcie.

Będę miała co wspominać. Ale nie ukrywam, wczoraj tęskniło mi się bardziej niż zwykle.